Od myszy z próbówki po światowego brokera
poniedziałek, 10 kwietnia 2017 08:15

Rozmowa z Dominiką Kozakiewicz, prezes zarządu Aon

Bożena M. Dołęgowska-Wysocka: – Pani Prezes, jaka była Pani droga do ubezpieczeń?
Dominika Kozakiewicz: – Dość dziwna. Z wykształcenia jestem biologiem, genetykiem. Robiłam myszy z próbówki, a także pomagałam przy ludzkich zapłodnieniach in vitro. Moja praca magisterska była poświęcona łączeniu zygot mysich...

...a moja emancypacji kobiet na łamach „Bluszczu” i „Kobiety Współczesnej” (1865–1939), tak że jestem wyedukowaną feministką. Wracając jednak do zygot.
– Niestety, laboratorium w Szpitalu Bielańskim, w którym pracowałam po ukończeniu studiów, zamknięto. Był 1990 r., sam początek nowej rzeczywistości. Nie chciałam, jak wielu moich kolegów, wyjechać za granicę, choć znałam kilka języków obcych. To mi dawało zresztą niezły handicap w kraju. W ubezpieczeniach znalazłam się przez przypadek. Pierwszą „ubezpieczeniową” rozmowę kwalifikacyjną odbyłam z Juliuszem Janczurem w firmie POLBROKERS, pierwszej polskiej firmie brokerskiej, której prezesem był Andrzej Wojtyński.  

Ja ciepło go wspominam, i jednego, i drugiego. Pana Janczura poznałam na II Kongresie Brokerów w 1999 r., a prezesa Wojtyńskiego gdzieś w tym samym czasie, gdy był prezesem Gerlinga Życie.
– Pan Janczur szukał asystentki dla prezesa Wojtyńskiego. Kwalifikacji nie miałam żadnych: nie umiałam pisać na maszynie i nic nie wiedziałam o ubezpieczeniach…

Gdy mnie prezes INFOR Ryszard Pieńkowski kazał robić miesięcznik „Nowe Ubezpieczenia” (jesień 1998 r.), też nic nie wiedziałam o ubezpieczeniach, ale odparł: – To się nauczysz.
– Mnie prezes Wojtyński też dał szansę – powiedział, że wierzy we mnie. Byłam chyba najgorszą sekretarką na świecie, choć po pracy w domu pilnie ćwiczyłam pisanie na maszynie – niestety, z marnym skutkiem! Prezes Wojtyński miał do mnie świętą cierpliwość. Gdzieś po dwóch miesiącach wezwał mnie do siebie i powiedział: – Pani Dominiko, ma pani w sobie wielki potencjał. Ale nie jako sekretarka. :-) Po czym przedstawił mi propozycję pracy w siostrzanej firmie Inter Broker, gdzie prezesem był Sławomir Bany. – Będzie tam pani obsługiwać klientów międzynarodowych. Przydadzą się pani języki. I tak się stało. Pan prezes Bany był świetnym mentorem, pomagał mi w zdobywaniu wiedzy, niestety po tygodniu mej pracy pan prezes zachorował i znalazł się w szpitalu. Codziennie dzwonił do mnie ze szpitalnego automatu telefonicznego (była to bowiem era „przedkomórkowa”) udzielając rad i wskazówek i tak pracowałam przez kilka tygodni pod jego „szpitalnym” kierownictwem.
Najgorsze przejścia miałam z wiceprezesem Amplico, panem Bogdanem Słabińskim, który „nie bardzo był zadowolony” – powiem eufemistycznie – gdy go poprosiłam o wytłumaczenie wyrażenia „franszyza redukcyjna”. Gdy o tym się dowiedział pan Sławek, powiedział tak: – Niech Pani zadzwoni do pana Słabińskiego i mu powie, że jak ja wyjdę ze szpitala, to zjawię się u niego i jak go złapię za ten jego krawat!... On nie będzie Pani tak traktował!

Pomogło?
– Pomogło. Po pewnym czasie poszłam na urlop macierzyński, a gdy wróciłam do pracy, okazało się, że jest mnóstwo zmian, personalnych i właścicielskich. Zaczęłam się rozglądać za czymś innym. Pewnego dnia zadzwonił do mnie prezes Tomasz Mintoft-Czyż i zadał pytanie, czy nie przyszłabym do pracy w Amplico, gdzie był prezesem. Powołał się przy tym na bardzo dobrą opinię na mój temat prezesa... Słabińskiego. Zatkało mnie zupełnie na takie dictum. Poszłam do prezesa Mintofta na rozmowę.

To był człowiek! – prawda? Klasa.
– Tak. Czas spędzony w Amplico był dla mnie ogromnie rozwijający pod względem intelektualnym, choć praca była absorbująca, po 14 godzin na dobę.

Rodzina jakoś to znosiła?
– Po Amplico rozwiodłam się. Mąż nie wytrzymał tego tempa i mego zaangażowania w pracy. Odeszłam z 3-letnim dzieckiem. Nie było to, prawdę mówiąc, najłatwiejsze. Zdałam sobie wtedy sprawę, że fakt, iż tak bardzo lubię pracować, powoduje konieczność wyborów, zwłaszcza jeśli mąż jest tradycjonalistą.

To ja miałam szczęście pod tym względem, tyle tylko, że z drugim (czyli obecnym) mężem. Zawsze podtrzymywał mnie w moich zawodowych pasjach.
 
– Wracając do mej drogi zawodowej. Po jakimś czasie wzywa mnie do siebie pan Mintoft-Czyż i oświadcza: – Pani Dominiko. Odchodzę. Dostałem propozycję zostania prezesem POLBROKERS i chciałbym, aby pani poszła ze mną jako wiceprezes. Nie przeczę, połechtała mnie ta propozycja, lecz poza wszystkim Tomasz Mintoft-Czyż był fantastycznym mentorem. Z nim po prostu chciało się pracować. Tak więc zgodziłam się, choć przyjaciele bardzo odradzali. Jednocześnie zdecydowałam się zrobić studia MBA. Prezes Mintoft zgodził się na cykliczne urlopy szkoleniowe. Na MBA mnie „oświeciło”, że nie chcę już być w ubezpieczeniach i będę rozwijać w Polsce ventures capital. Przystąpiłam do konkursu na prezesa firmy TISE SA (polsko-francuskiego funduszu venture-capital), choć źródła „dobrze poinformowane” donosiły mi, że chcą na tym stanowisku mężczyzny z biegłym francuskim – mój był pasywny. Wygrałam ten konkurs z kontraktem na dwa lata.

Długo Pani wytrzymała?
– Tyle, ile w kontrakcie – 2 lata. Było to w sumie fantastyczne przeżycie, bo nagle ujrzałam biznes nie od strony ubezpieczeń, ale taki, jaki on rzeczywiście jest, czyli „biznes od strony biznesu”. Zasiadając w radach nadzorczych różnych firm poznałam, jak się robi... kiełbasę, sery, pasztety, materace, a także jak zakłada się stację radiową! Jeździłam po Polsce i poznawałam prawdziwe biznesowe życie. Mam jednak jedną „niefajną” dla korporacji cechę – jestem bardzo „niepolityczna”. Mówię, co myślę. I wtedy też głośno zaczęłam mówić. Nie kandydowałam na drugą kadencję. Zobaczyłam w gazecie ofertę Zurich, który właśnie wchodził do Polski.

Pamiętam, Zurich – Solidarni. Mieli dobrą markę, dziwiono się w branży powszechnie, że potem tak łatwo się zwinęli...
– Poszłam tam na rekrutację prosto z posiedzenia rady nadzorczej. Pan prezes Szwajcar przepytał mnie dokładnie z merytoryki, a potem rzekł: – Ale gdy przyjdzie pani do nas do pracy, to będzie się musiała stosowniej ubierać. Takich spódnic my nie akceptujemy.

A jaka ona była, ta spódnica – supemini?

– Gdzież tam – do kolan. Wtedy mnie szlag trafił, bo pomyślałam sobie: „W życiu do was nie przyjdę, konserwatywne sztywniaki…”.  Zażyczyłam sobie – myśląc, że takiej propozycji nie przyjmą – bardzo wysokich poborów, a ofertę kazałam przysłać faxem do południa, na drugi dzień. I jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że nie tylko moje warunki przyjęto, lecz je przebito, a na dodatek – przeproszono w specjalnym, eleganckim liście za niestosowne uwagi (spódnica) w trakcie rekrutacji. Dobrze mi się tam pracowało. Prezesem był Mirosław Kowalski.  

Prezesowi Kowalskiemu powiedziałam nie tak dawno, że wtedy się go... bałam, wydawał mi się tak strasznie złośliwie-inteligentny, uśmialiśmy się z tego setnie. Inteligentny jak najbardziej jest, ale bynajmniej nie złośliwy.
– Zurich pasował do mojej wizji: być zawsze najlepszym, uczciwym, porządnym, skrupulatnym. Taka szwajcarska precyzja. Niestety, został sprzedany Generali. To był dla nas szok, bo właśnie wtedy zaczęliśmy jako Polska przynosić zyski. Nie wspominam dobrze okresu, który potem nastąpił.

Zatem go pomińmy.
– Nie trzeba, miałam dobre remedium na trudny proces łączenia dwóch firm, bo wykorzystałam ten czas do zrobienia Podyplomowego Studium Prawa Europejskiego. Zrobiłam je z trzecią lokatą, choć przecież prawniczką nie byłam. To mi pozwoliło przetrwać łączenie Zurich z Generali.

Przypomniała mi Pani łączenie „Nowej Europy” z „Gazetą Prawną” i tworzenie dziennika „Prawo i Gospodarka”. Takiego koszmaru ani wcześniej, ani później nie przeżyłam. Raz dziennikarze z działu prawnego wywiesili nad moim biurkiem „transparent” z niecenzuralnymi wyrazami, których mają w pracy nie używać (o co ich rzeczywiście prosiłam), gdzie słowo na cztery litery, zaczynające się na „d”, było najdelikatniejsze... Brrrry! To był koniec lat 90., przed reformą emerytalną, kiedy „rzucono mnie” na ubezpieczenia.  
– Dla mnie największym wyzwaniem był wtedy prezes Fischer z przejmującego nas Generali, który mi powiedział wprost, że on w Austrii nigdy z kobietą-menedżerem nie pracował, jedyną, jaką akceptuje, jest jego asystentka (25 lat razem pracowali) i w ogóle nie uważa, by kobiety nadawały się do biznesu. A poza wszystkim polscy menedżerowie są beznadziejni, nieporządni i leniwi. Taki był początek naszej współpracy. Dał się wszystkim we znaki. W tym czasie pan Mirek Kowalski był w PZU w dziale klientów międzynarodowych. I namówił mnie do przyjścia do PZU, do pionu klienta korporacyjnego, do prezesa Piotra Kowalczewskiego. Dziwaczne było to, że w PZU nie odsunięto osoby, którą miałam zastąpić, i ona nie wpuściła mnie do... mojego biura, choć miała być moją zastępczynią.

Mnie z kolei „nie uznawał” redaktor naczelny „Asekuracji&Re”, gdy zostałam jego szefową w ramach inforowskiej Grupy Czasopism Ubezpieczeniowych. No, ale biurko miałam cały czas.

– Ona zakazała w ogóle ze mną rozmawiać pracownikom. Przez całe dwa miesiące tułałam się po różnych pokojach, za to poznałam mnóstwo świetnych ludzi. Potem się przydało. Zadzwoniłam rzecz jasna do prezesa Kowalczewskiego, ale on miał wówczas trudne negocjacje ze związkami zawodowymi i kazał radzić sobie samej. W imieniny prezesa w końcu zostałam doń dopuszczona. Moją „zastępczynię” odprawiono. I przepracowałam w PZU pełne 3 lata, aż do pierwszej „dobrej zmiany”.

I gdzie Pani Prezes tym razem trafiła?
– Pewnego razu, przypadkiem, spotkałam w restauracji Bogusława Skuzę, założyciela Marsha w Polsce, wtedy prezesa Skandii.

Robiłam z nim kiedyś wywiad i nagrał mi się na wywiadzie z prezesem Danglem z Allianza. Oj, nie popisałam się jako dziennikarka...
– Prezes Skuza mówi: – Przyjdź do mnie, do Skandii. Wezmę cię do zarządu na szefa operacji. I poszłam. Po 10 dniach pracy przyszły wyniki badań mojego syna. Okazało się, że ma ziarnicę, czyli rodzaj raka krwi. Chciałam natychmiast odejść z pracy, by zająć się tylko synem, lecz Bogusław odwiódł mnie od tego. I będę mu za to wdzięczna do końca życia. Z takim spokojem, wyważeniem podszedł do mego problemu. Na wielkiej tablicy były wypisane terminy chemioterapii mego syna. Wszyscy wiedzieli, że wtedy nie można umawiać ze mną spotkań. Tak to zostało zorganizowane i w Polsce, i za granicą, że przetrwaliśmy. Syn się wyleczył, a trwało to wszystko ponad 9 miesięcy.

Co to doświadczenie zmieniło w Pani życiu?
– Spowodowało zmianę perspektywy. Pamiętam, siedziałam kiedyś 7 godzin przed salą operacyjną, gdzie wycinano Bazylemu nerkę (usadowił się tam drugi nowotwór). Nie myślałam wtedy o wszystkich swoich zawodowych sukcesach, tylko o pewnym wieczorze spędzonym w PZU, kiedy obiecałam synowi, że wrócę wcześniej i upiekę mu pizzę. I nie dotrzymałam słowa, bo załatwiałam kolejne sprawy, odpowiadałam na kolejne maile i on tę pizzę musiał sobie zamówić przez telefon. I siedząc z zaciśniętymi pięściami przed tą salą operacyjną obiecałam sobie, że jeśli on się wyleczy, to już nigdy w ż y c i u nie przedłożę niczego w żadnej firmie ponad moje życie i życie mojego syna. Opowiadam tę historię dziewczynom, których mentorką jestem – bo udzielam się społecznie – oby nigdy nie musiały doświadczyć tego, co ja przeżyłam wówczas.

Żeby były „mądre przed szkodą”?
– Właśnie tak.  

A skąd te dziewczyny się w ogóle wzięły?
– To były dziewczyny z Marsha, gdzie pracowałam przed przyjściem do Aon, ale nie tylko. Udzielam się jako wolontariuszka w Vital Voices, międzynarodowej organizacji, która pomaga w rozwoju i karierze młodych kobiet na całym świecie, dając im do pomocy doświadczone mentorki.

Dotarłyśmy w ten sposób do Marsha. Zmieniła Pani po raz któryś w życiu posadę po zmianach własnościowych w Skandii?
– Tak. Gdy Skandia została sprzedana i odszedł prezes Skuza, znowu zaczęłam szukać pracy. Za namową prezesa Kowalczewskiego, którym zaopiekowało się Eureko, trafiłam... do Rosji.

I pojechała Pani do Rosji?
– Tak, konkretnie do Moskwy, którą bardzo kocham, choć jednocześnie wygrałam konkurs do Marsha. I trafiłam w końcu do niego po trwającej 2 lata „wschodniej przygodzie”.

Dochodzimy w końcu do Pani obecnej pracy w Aon.
– Po zmianach w zarządzaniu regionalnym w Marshu zdecydowałam się na odejście.

Bez szczegółów?
– Bez szczegółów. Był początek 2016 r. Już od kilku lat myślałam o kupnie farmy. Takiej prawdziwej farmy – ostoi spokoju i przyrody. Szukałam jej 3 lata i znalazłam na Kurpiach, niedaleko Myszyńca.

Myszyniec kojarzy mi się z drogą do Mikołajek, którą jeździłam na kolejne kongresy brokerów. Ostatnio jakiś wypasiony wariat urwał mi tam (prawie) lusterko.
– Właśnie podczas „epopei” z nabyciem farmy zadzwoniono do mnie z Aon z Londynu, czy nie zechciałabym przyjść i kandydować na prezesa. Wahałam się, bo chciałam już odejść z korporacji i zająć się moją farmą, być więcej z naturą, rodziną, przyjaciółmi. To, co do mnie przemówiło, to słowa, że chcą zmienić duszę tej firmy i że do tego jestem im potrzebna.

A „w temacie duszy” jest Pani dobra, pani Dominiko.
– To rzeczywiście przeważyło. Powiedziałam w pewnym momencie: – Jeżeli przekonacie mnie, że jestem w Aon potrzebna właśnie ja, wraz z całym bagażem doświadczeń, przemyśleń, emocji, wiekiem. To przyjdę.

I przyszła Pani. Czy spotkamy się na jubileuszowym, XX Kongresie Brokerów w Mikołajkach? Z Myszyńca to przecież rzut beretem...
– Tak. To dla mnie osobiście będzie ważne. Tyle lat, od POLBROKERS do Aon. Całe moje życie.

Dziękuję za rozmowę.
dr Bożena M. Dołęgowska-Wysocka

 

GrECo JLT Services: Marek Mozer dyrektorem operacyjnym

Od września Marek Mozer pełni funkcję dyrektora operacyjnego GrECo JLT Services. Do jego kompetencji należy nadzór nad obszarem współpracy z...


czytaj dalej

Euler Hermes: Krzysztof Rzepka szefem działów odszkodowań i windykacji

Krzysztof Rzepka został powołany na dyrektora zarządzającego Biurem Windykacji i Likwidacji Szkód Euler Hermes. Na tym stanowisku będzie...


czytaj dalej

S&P: Perspektywa dla Lloyd’s negatywna

Agencja S&P Global Ratings zrewidowała perspektywę dla Lloyd’s ze stabilnej na negatywną. Jednocześnie potwierdziła przyznane rynkowi Lloyd’s...


czytaj dalej

Munich Re: Giuseppina Albo odchodzi do Hamilton Insurance

Munich Re poinformował, że z końcem roku Giuseppina Albo opuści zarząd reasekuratora, aby z początkiem  2018 r. objąć stanowisko prezesa Hamilton...


czytaj dalej

Colonnade: Pierwszy kwartał działalności w Polsce

Polski oddział Colonnade Insurance dokonał podsumowania pierwszych trzech miesięcy funkcjonowania pod nową marką.

1 lipca Colonnade rozpoczął...


czytaj dalej

Gothaer TU: Ubezpieczenie i odpowiedzialność za uszkodzenia nagrobka

W związku ze zbliżającym się dniem Wszystkich Świętych eksperci podpowiadają, jak ubezpieczyć nagrobek, oraz tłumaczą, kiedy za szkody odpowiada...


czytaj dalej

Sprzedaż



 

Adres redakcji

ul. Bracka 3 lok. 4
00-501 Warszawa
tel. (22) 628 26 31

email redakcja@gu.com.pl

Partnerzy