|
Rozmowa z Mariuszem Wichtowskim, prezydentem Rady Biur Systemu Zielonej Karty i prezesem Polskiego Biura Ubezpieczycieli Komunikacyjnych
Bożena M. Dołęgowska-Wysocka: – Składam serdeczne gratulacje! Otrzymałam właśnie informację o Pana nominacji na stanowisko prezydenta Rady Biur Systemu Zielonej Karty. Po raz pierwszy wybrano kandydata z Europy Środkowo-Wschodniej. Bardzo się cieszę, że członek Rady Programowej „Gazety Ubezpieczeniowej” będzie wypełniał taką funkcję.
Mariusz Wichtowski: – To dla mnie ogromne wyróżnienie. Muszę zaznaczyć, że to nie tylko ja sam zostałem uhonorowany, ale cały polski rynek ubezpieczeniowy. W pracach Komitetu Zarządzającego Biur Systemu Zielonej Karty uczestniczę już 10 lat.
Koledzy z innych państw pokładają we mnie nadzieję, że będę potrafił poprowadzić ten system. Przypomnę, że system Zielonej Karty działa ponad 60 lat i nie ma charakteru międzypaństwowego. Jego apolityczność jest bezpośrednią przyczyną sukcesu. Działamy pod egidą Organizacji Narodów Zjednoczonych, a dokładnie Europejskiej Komisji Gospodarczej ONZ. Rekomendacja nr 5, która została powzięta w 1949 r., stoi u podstaw naszej działalności. Przez te przeszło 60 lat nie zmieniły się główne cele systemu. Po pierwsze ułatwienie podróżującym przemieszczania się pomiędzy krajami pojazdem mechanicznym, a po drugie ułatwienie poszkodowanym uzyskania odszkodowania.
To ciekawe, że tuż po strasznej wojnie, w której zginęły miliony ludzi w różnych krajach, taki system był potrzebny.
– To jest właśnie paradoks wojny. Zniszczenia i ogromna migracja ludności między poszczególnymi krajami wymusiły stworzenie nowych regulacji. Trzeba było zabezpieczyć ludziom możliwość podróżowania, żeby nie byli zmuszeni do płacenia kontrybucji na każdej granicy. Niezmiernie istotne było również zapewnienie prawa do odszkodowania. Jak to pięknie sformułowano w rekomendacji z 1949 r.: „Nikt nie może być poszkodowany dodatkowo z samego faktu, że wypadek był spowodowany przez ruch pojazdu zagranicznego”. Wcześniej praktyka była taka, że jeśli wypadek spowodował pojazd krajowy, to można było udać się albo do sprawcy, albo do zakładu ubezpieczeń. Jeśli wypadek spowodował pojazd zagraniczny, to nie było do kogo się zwrócić, chyba że sprawca został zatrzymany w areszcie. Ludzie zostawali bez niczego – bez zdrowia, bez pieniędzy. Przez przeszło 60 lat rozwijaliśmy ten system. W tej chwili obsługujemy ponad 300 milionów samochodów na terenie 45 rynków ubezpieczeniowych.
Więc jest Pan prezydentem organizacji większej niż Unia Europejska!
– Rzeczywiście. I stoją przed nami wielkie wyzwania. Nie jesteśmy po to, żeby ułatwiać życie ubezpieczycielom. Owszem, współpracujemy z nimi. Ale koncentrujemy się na zabezpieczeniu interesów konsumenta. Pierwsza europejska dyrektywa wprowadzająca obowiązek ubezpieczenia komunikacyjnego została wydana w 1972 r., czyli dwadzieścia lat po powstaniu systemu Zielonej Karty. Dyrektywa zmierzała do zniesienia różnic między różnymi krajami. W niektórych nie było obowiązkowego ubezpieczenia. Dodam, że polski rynek zawsze był w awangardzie rozwiązań prokonsumenckich. Dyrektywa była z 1972 r., a my wprowadziliśmy obowiązkowe OC na podstawie ustawy z 1958 r. Polska przystąpiła do Unii Europejskiej w 2004 r. Nasze rozwiązania wyprzedzały rozwiązania unijne. Mamy wiele powodów do dumy i prawo do tego, żeby innych nauczać, ale nie pouczać. W mojej codziennej pracy robię to od lat, występując na różnych seminariach czy konferencjach za granicą. Za każdym razem podkreślam, że byliśmy i jesteśmy w awangardzie rozwiązań prokonsumenckich.
Jakie konkretnie rozwiązania wprowadziliśmy wcześniej?
– Mógłbym długo wymieniać. Chociażby termin na udzielenie poszkodowanemu odpowiedzi na zgłoszone roszczenie wprowadziliśmy dużo wcześniej niż V Dyrektywa. Prawo do wglądu w dokumenty, do uzyskania informacji o historii ubezpieczeniowej. Były problemy techniczne związane z niedoinwestowaniem, ale jeśli chodzi o myśl ubezpieczeniową, to wyprzedzaliśmy wiele państw europejskich.
Dlaczego?
– Mieliśmy i mamy świetnych akademików. Na przykład profesor Witold Warkałło. To był człowiek, który nie tylko rozwijał teorię, ale zajmował się również praktyką.
Tu na stoliku obok nas leży „Gazeta Ubezpieczeniowa”, a na czołówce prof. Eugeniusz Kowalewski ze swoją ideą kodeksu ubezpieczeń. Ale z drugiej strony wiem, że na rynku różnie się mówi o profesurze...
– Złośliwych nigdy nie brakowało i brakować nie będzie. Nie ma nic lepszego niż połączenie dobrej teorii z dobrą praktyką. Wracając do systemu Zielonej Karty. Obchodziliśmy niedawno 50-lecie przynależności Polski do systemu Zielonej Karty. Z tej okazji zorganizowaliśmy konferencję naukową na temat szkód osobowych w różnych krajach. To coś niezwykle istotnego dla naszego rynku. W systemie Zielonej Karty jest 45 rynków ubezpieczeniowych. Większość z Europy, ale również niedalekie kraje afrykańskie i azjatyckie. Tunezja, Maroko, Izrael, Iran. Rozwiązania wypracowane przez system są teraz przejmowane przez inne instytucje. Coś podobnego wprowadziły państwa leżące nad Morzem Kaspijskim. Nazywa się to system Białej Karty. W Afryce działa system Pomarańczowej Karty i system Brązowej Karty. Te systemy mają różne niedociągnięcia, ale proszę zobaczyć, jak ta myśl owocuje.
Kto wymyślił Zieloną Kartę?
– W tamtym okresie w ONZ prym wiedli Anglicy i Francuzi, ale za wzór wzięto rozwiązania krajów skandynawskich z lat 30. Między tymi krajami można już było się swobodnie poruszać i funkcjonowały gwarancje dla ubezpieczenia oraz gwarancje dla poszkodowanych. Brytyjczycy zafascynowali się tym rozwiązaniem i zaproponowali, żeby zaimplementować coś podobnego w Europie. W tej chwili nie można sobie wyobrazić Europy bez Zielonej Karty. W Europie jeździ teraz ponad 300 mln samochodów.
Czy system Zielonej Karty odczuł w jakiś sposób skutki kryzysu finansowego?
– Kryzys finansowy jest wyzwaniem dla systemu. Każde Biuro Narodowe daje podwójną gwarancję. Po pierwsze gwarantuje własnemu rządowi, że jeśli obcokrajowiec spowoduje wypadek na terenie kraju, to polski poszkodowany otrzyma odszkodowanie. Po drugie jest gwarancja dla wszystkich innych biur, że jeśli biuro zapłaci odszkodowanie za szkodę spowodowaną przez obcokrajowca, to otrzyma zwrot tych pieniędzy od odpowiedniego biura. To jest tak zwane roszczenie zwrotne. Niebezpieczeństwo polega na tym, że jeśli dojdzie do poważnych problemów finansowych na którymś z rynków, to może zachwiać gwarancjami dla pozostałych biur. Zabezpieczamy się, stosując gwarancje bankowe i programy reasekuracyjne na wypadek problemów. System jest otwarty, chociaż nie jest łatwo do niego przystąpić. Ostatnio przyjęliśmy Rosję. Przed przyjęciem nowego członka bardzo dokładnie sprawdzamy, czy jest zdolny do wywiązania się ze zobowiązań. Priorytetem jest zapewnienie stabilności finansowej całego systemu Zielonej Karty. Póki co nie jest ona zachwiana.
Ile wynosi wartość średniej szkody komunikacyjnej?
– Średnia szkoda w Polsce wynosi nieco powyżej 6000 zł. Średnia szkoda w Europie – około 14 000 zł. To znaczna różnica. No i średnia to tylko średnia. Składają się na nią bardzo drobne szkody i te ogromne, przekraczające wartość 50 mln euro albo i więcej. Chociażby słynna szkoda w tunelu Mont Blanc. Były ofiary w ludziach i kolosalne zniszczenia materialne. Uregulowanie tego zajęło wiele lat i kosztowało wiele dziesiątek milionów euro. To nie wystarczy, że będziemy zabezpieczeni na wypadek szkody o wartości 6, 10 czy 15 000 euro. To codzienność. Musimy być gotowi, żeby zwrócić 50 mln euro. W ciągu roku w systemie Zielonej Karty notuje się średnio 320 000 wypadków. Z tego 36 000 spowodowanych przez Polaków.
To bardzo dużo!
– Poziom jazdy Polaków jest zły. Jeździmy agresywnie, nieuważnie, często po alkoholu. W ostatnich latach wskutek migracji zarobkowej Polaków do innych krajów jest pewna nadreprezentacja polskich samochodów za granicą. Często te samochody są ubezpieczone nadal w Polsce, chociaż to jest nielegalne na przykład w Wielkiej Brytanii czy Irlandii. Na Wyspach bezwzględnie się tego przestrzega. Polakom trudno zrozumieć, że ich pojazdy są zatrzymywane i kasowane. Niestety Polacy nie mają tej świadomości.
Czym jeszcze zajmuje się System?
– Aktualnie zarządzamy również innym systemem poza Zieloną Kartą. IV Dyrektywa wprowadziła przepisy silnie chroniące poszkodowanych, mające im zapewnić wypłatę odszkodowania. Realizacja tych przepisów spadła na Fundusze Gwarancyjne i Biura Narodowe. To bardzo ciężka praca i duże wyzwanie, z którym zmagamy się od 2005 r. Sporo pracy przed nami. Zajmuje nas też kwestia ubezpieczeń granicznych, czyli takich krótkoterminowych ubezpieczeń dla osób spoza systemu Zielonej Karty, które chciałyby wjechać na teren któregoś z państw będących w systemie. Takie ubezpieczenie można wykupić na granicy i upoważnia ono do poruszania się po wszystkich krajach należących do systemu. Żeby system działał, konieczne są regularne szkolenia dla pograniczników i policjantów. Musi być również jeden uznany międzynarodowo wzór ubezpieczenia. No i wreszcie konieczny jest sprawny system obiegu pieniędzy.
Na koniec proszę powiedzieć, co należy do obowiązków prezydenta Rady Biur Systemu Zielonej Karty.
– Prezydent przewodniczy Komitetowi Zarządzającemu Systemu Zielonej Karty i Komitetowi Koordynującemu IV Dyrektywy. Siedziba Sekretariatu Rady Biur mieści się w Brukseli. Prezydent określa, czym się komitety będą zajmowały, przegotowuje porządek obrad, reprezentuje system na zewnątrz. Decydując się na kandydowanie, trzeba wziąć pod uwagę podwojenie obowiązków.
Jakie zadanie jest teraz kluczowe dla Pana?
– Niezwykle istotne jest rozwinięcie projektu dotyczącego stabilności finansowej systemu Zielonej Karty. Projekt obejmuje monitorowanie całego sytemu oraz dostarcza informacje, które pozwolą z wyprzedzeniem zareagować, jeśli byłyby jakieś przesłanki, że ktoś może nie być w stanie wywiązać się ze zobowiązań. Były takie sytuacje, że zawiesiliśmy członkostwo. Mamy system dotkliwych sankcji. Kryzys finansowy był asumptem do wdrożenia tego projektu.
Dziękuję za rozmowę.
Bożena M. Dołęgowska-Wysocka |
|
|